Byłem miedzią brzęczącą.
Spaloną skorupą bez kropli płynnej krwi.
I upadłaś chłodnym deszczem.
W samotny pył pustyni.
Wsiąkając namiętnie w pustkowie skóry moich rąk.
Cierpliwie czekając.
Ogrodu czułości.
Niemartwo.
Żywo.
Kołysanka.
W cieniach zamarzniętych sosen,
Rozplatasz zszargane włókna moich mięśni.
Miękkimi palcami wyczesując z nich lęk.
Aż do bezbolesności.
Pod miękkim futrem,
Czule je splatasz.
Ciepłym językiem lecząc złe sny.
I wplatasz siłę.
I wiarę wśród śnieżnej zamieci.
Tak wgryzasz się w kości.
Połykasz mnie.
A ja zasypiam w Tobie.
Spokojnie.
W cieniach zamarzniętych sosen.